Elbląskie zwycięstwo? - felieton ks. Andrzeja Kilanowskiego
sobota, 17.09.2011 10:06, Autor: Andrzej Kilanowski
Jakiś czas temu rozmawiałem z Markiem Nowosadem o ciekawej palmie pierwszeństwa, jaką dzierży nasze miasto. Zrobiliśmy nawet na ten temat audycję do „Radia Gdańsk”. Otóż w roku 2010 w Elblągu była największa liczba rozwodów w województwie warmińsko-mazurskim. Statystycznie na 100 tys. ludności przypadło ich 269. Informację podała „Gazeta Olsztyńska”. Były liczby, statystyki, wykresy i mapki. Według danych z 2009 roku na 256 tys. małżeństw zawartych w Polsce rozwodów było 72 tys. Rok później o ok. 15% zmniejszyła się liczba ślubów a rozwodów – znając życie – najprawdopodobniej nie ubyło. Rozwody nam rosną, liczba małżeństw spada a związków nieformalnych wzrasta.
Jest takie fajne powiedzenie, że statystykę można porównać do stroju bikini. Bo niby coś odsłania, a to co jest najważniejsze i tak jest zasłonięte. Warto jednak niektórym danym się przyjrzeć i je przeanalizować. Otóż wiele rzeczy prawie w ogóle się nie zmienia. Na przykład takie przyczyny wniosków rozwodowych: rozpad pożycia, zdrada, alkohol, pieniądze, tzn. ich brak. Tak samo przyznawana opieka nad potomstwem – tylko w 3% orzekana ojcom. Zasadniczo status quo dotyczy średniego okresu pożycia – trochę ponad 12/13 lat. Ponad 2/3 wniosków rozwodowych wnoszą kobiety. Z drugiej strony żenimy się coraz później. Jeszcze w połowie lat 90. ponad połowa mężczyzna zawierających ślub nie miała skończonych 25 lat. Dziś ten odsetek to mniej niż 25%. Radykalnie rośnie liczba rozpadu związku już w pierwszych latach małżeństwa. Rozwody przestały być domeną dużych miasta a ich liczba wzrasta w małych miasteczkach i na wsi. Zmniejsza się liczba dzieci w rodzinie a pierwsze potomstwo pojawia się po trzydziestce.
Jak zinterpretować te fakty? Bić na alarm? Pocieszać się, że takie są czasy? Pisać o kryzysie rodziny. O zaniku tradycyjnych wartości typu poświęcenie, odpowiedzialność, dojrzałość. Okopać się na słusznej skądinąd uwadze, że coraz częściej rodzina nie cieszy się opieką państwa i instytucji społecznych. Że taką kuratelą cieszą się za to związki nieformalne lub jednopłciowe, partnerskie. Że współczesna kultura epatuje nas wypaczonym obrazem rodziny: młodocianych matek, pijących ojców lub ich pedofilskich zapędów. Na drugiej stronie barykady mamy zadowolone organizacje feministyczne czy ruch przeciw homofobii wraz z lewackimi partiami. Zdobywając kolejne przyczółki walki o jedyny i słuszny obraz związku partnerskiego, podpierany „standardami” Unii Europejskiej wizerunek nowej, rzekomej rodziny - staje się coraz bardziej postępowy. Niekoniecznie mężczyzna i kobieta, wszak to przeżytek, niekoniecznie dziecko, pies lub kot też może wystarczyć. Tylko takie ustawienie obszaru dyskusji nie jest do końca uczciwe. Faktów ignorować nie można! A te jednoznacznie pokazują: „Houston mamy problem!” I nawet jeżeli, racja – według piszącego te słowa – jest po stronie zatroskanych o dobro rodziny i przejętych jej kryzysem, nie można nie widzieć wielu tragedii rodzinnych dla których jedynym rozwiązaniem wydaje się być separacja, a w skrajnych sytuacjach także rozwód. Tylko na miłość Boską mówmy prawdę, nie ostrzeliwujmy się ze swoich jedynie słusznych fortyfikacji i szukajmy prawdy. Niech mi więc będzie miło zakomunikować, że póki co Polska nie należy do rzekomo zaszczytnego „Klubu 50”, tzn., tych krajów, w których 50% zawieranych małżeństw prędzej czy później rozpadnie się. Że u nas odsetek ten zbliża się do 30% i jest to niewątpliwie tragedią kiedyś kochających się przecież ludzi. Nie mówiąc o ich dzieciach czy najbliższych. A przekładając to na nasz żuławski grunt. Bo przecież jesteśmy liderami w liczbie rozwodów. To pewnie ta depresja, brak perspektyw, bieda. Czy aby na pewno?! Przypomnijmy, statystycznie na 100 tys. ludności przypadło w Elblągu 269 rozwodów. Tylko, że w drugi co do kolejności Olsztynie było ich tylko o 4 mniej. A tam przecież i zakłady pracy, województwo, uniwersytet, lasy, jeziora. Niby inna perspektywa. Tylko co z tego, skoro problemy te same?
To nie czasy takie, to ludzie. Wychowaliśmy i nadal wychowujemy młodych ustawionych tylko na konsumpcję, wygodne życie bez problemów, nie umiejących troszczyć się o siebie nawzajem, szanować się. Młodzi mają za nic słowa przysięgi złożonej nawet przed samym Bogiem. Jak mają dotrzymywać więc słowa danego drugiemu człowiekowi. Młodzi nie rozwiązują problemów. Uważają, że łatwiej się rozwieść. Zauważa się brak poszanowania dla jakichkolwiek wartości, nawet dla samych siebie. Smutne to, ale prawdziwe.