Dzisiaj jest piątek, 18.05.2012

Rejestracja | Logowanie

E-mail

Hasło



Nie pamiętam hasła

Zaloguj się poprzez konto
na Facebooku



Jeśli posiadasz konto na Facebooku możesz logować się u nas klikając w powyższy przycisk

Elbląskie zwycięstwo? - felieton ks. Andrzeja Kilanowskiego

sobota, 17.09.2011 10:06, Autor: Andrzej Kilanowski

            Jakiś czas temu rozmawiałem z Markiem Nowosadem o ciekawej palmie pierwszeństwa, jaką dzierży nasze miasto. Zrobiliśmy nawet na ten temat audycję do „Radia Gdańsk”. Otóż w roku 2010 w Elblągu była największa liczba rozwodów w województwie warmińsko-mazurskim. Statystycznie na 100 tys. ludności przypadło ich 269. Informację podała „Gazeta Olsztyńska”. Były liczby, statystyki, wykresy i mapki. Według danych z 2009 roku na 256 tys. małżeństw zawartych w Polsce rozwodów było 72 tys. Rok później o ok. 15% zmniejszyła się liczba ślubów a rozwodów – znając życie – najprawdopodobniej nie ubyło. Rozwody nam rosną, liczba małżeństw spada a związków nieformalnych wzrasta.

            Jest takie fajne powiedzenie, że statystykę można porównać do stroju bikini. Bo niby coś odsłania, a to co jest najważniejsze i tak jest zasłonięte. Warto jednak niektórym danym się przyjrzeć i je przeanalizować. Otóż wiele rzeczy prawie w ogóle się nie zmienia. Na przykład takie przyczyny wniosków rozwodowych: rozpad pożycia, zdrada, alkohol, pieniądze, tzn. ich brak. Tak samo przyznawana opieka nad potomstwem – tylko w 3% orzekana ojcom. Zasadniczo status quo dotyczy średniego okresu pożycia – trochę ponad 12/13 lat.  Ponad 2/3 wniosków rozwodowych wnoszą kobiety. Z drugiej strony żenimy się coraz później. Jeszcze w połowie lat 90. ponad połowa mężczyzna zawierających ślub nie miała skończonych 25 lat. Dziś ten odsetek to mniej niż 25%. Radykalnie rośnie liczba rozpadu związku już w pierwszych latach małżeństwa. Rozwody przestały być domeną dużych miasta a ich liczba wzrasta w małych miasteczkach i na wsi. Zmniejsza się liczba dzieci w rodzinie a pierwsze potomstwo pojawia się po trzydziestce.

            Jak zinterpretować te fakty? Bić na alarm? Pocieszać się, że takie są czasy? Pisać o kryzysie rodziny. O zaniku tradycyjnych wartości typu poświęcenie, odpowiedzialność, dojrzałość. Okopać się na słusznej skądinąd uwadze, że coraz częściej rodzina nie cieszy się opieką państwa i instytucji społecznych. Że taką kuratelą cieszą się za to związki nieformalne lub jednopłciowe, partnerskie. Że współczesna kultura epatuje nas wypaczonym obrazem rodziny: młodocianych matek, pijących ojców lub ich pedofilskich zapędów. Na drugiej stronie barykady mamy zadowolone organizacje feministyczne czy ruch przeciw homofobii wraz z lewackimi partiami. Zdobywając kolejne przyczółki walki o jedyny i słuszny obraz związku partnerskiego, podpierany „standardami” Unii Europejskiej wizerunek nowej, rzekomej rodziny - staje się coraz bardziej postępowy. Niekoniecznie mężczyzna i kobieta, wszak to przeżytek, niekoniecznie dziecko, pies lub kot też może wystarczyć. Tylko takie ustawienie obszaru dyskusji nie jest do końca uczciwe. Faktów ignorować nie można! A te jednoznacznie pokazują: „Houston mamy problem!” I nawet jeżeli, racja – według piszącego te słowa – jest po stronie zatroskanych o dobro rodziny i przejętych jej kryzysem, nie można nie widzieć wielu tragedii rodzinnych dla których jedynym rozwiązaniem wydaje się być separacja, a w skrajnych sytuacjach także rozwód. Tylko na miłość Boską mówmy prawdę, nie ostrzeliwujmy się ze swoich jedynie słusznych fortyfikacji i szukajmy prawdy. Niech mi więc będzie miło zakomunikować, że póki co Polska nie należy do rzekomo zaszczytnego „Klubu 50”, tzn., tych krajów, w których 50% zawieranych małżeństw prędzej czy później rozpadnie się. Że u nas odsetek ten zbliża się do 30% i jest to niewątpliwie tragedią kiedyś kochających się przecież ludzi. Nie mówiąc o ich dzieciach czy najbliższych. A przekładając to na nasz żuławski grunt. Bo przecież jesteśmy liderami w liczbie rozwodów. To pewnie ta depresja, brak perspektyw, bieda. Czy aby na pewno?! Przypomnijmy, statystycznie na 100 tys. ludności przypadło w Elblągu  269 rozwodów. Tylko, że w drugi co do kolejności Olsztynie było ich tylko o 4 mniej. A tam przecież i zakłady pracy, województwo, uniwersytet, lasy, jeziora. Niby inna perspektywa. Tylko co z tego, skoro problemy te same? 


na bieżąco