Stańczyk dzisiaj - felieton ks. Andrzeja Kilanowskiego
sobota, 15.10.2011 11:55, Autor: Andrzej Kilanowski
Stańczyk dzisiaj
Długo, naprawdę długo zastanawiałem się, czy pisać na jego temat. Jest przecież dzieckiem masmediów. Gdyby nie telewizja, gazety i to nie tylko brukowe, internet i portale społecznościowe – nie byłoby jego sukcesu. Po co więc przysparzać mu jeszcze więcej reklamy? Przecież w dużej mierze właśnie o to mu chodzi. Rozgłos, zamieszanie i szum skandalu kolejnej prowokacji to jego żywioł. Dodatkowo, w tydzień po wyborach dywagować znowu o polityce – bez sensu. Tylko, że od polityki nie uciekniemy. Wcześniej czy później, najczęściej w najmniej spodziewanym momencie, np. przy rachunku za prąd, na stacji benzynowej czy uprawiając slalom między słupkami drogowymi na al. Tysiąclecia, nas dopadnie. Więc dziś uwag kilka o panu Januszu Palikocie.
Na każdym, szanującym się dworze powinien być błazen. Tak było od zarania dziejów. Nie przypadkowo znajdujemy ich na salonach wszystkich europejskich monarchii. Są obecni w literaturze, sztuce, malarstwie i filmie. Od Shakespear’a przez Matejkę do demonicznie żałosnego Jack’a Nicholsona w Batmanie. Zasadniczo mają bawić i rozśmieszać. Być niegroźnymi prześmiewcami. Zabijać nudę dworu i polityki. Zapewniać chwilę relaksu. Łechtać próżność własnej inteligencji, która widzi głupotę wyłącznie u innych. Tylko, że szanujący się błazen nie jest głupi. Jego błazenada prowokuje do refleksji i zastanowienia. Równocześnie pod otoczką własnej tępoty błazen robi swoje. Bawi i śmieszy? Na pewno. Kpi i dokucza? Jak nie, jak tak. Rozładowuje niebezpieczne napięcia? A jakże. Balansuje na krawędzi tego, co wesołe i kiczowate? Bez dwóch zdań. Równocześnie jednak nie zapomina o sobie. Żyje i porusza się na dworze. To tu jest władza i polityka. Kariera i pieniądze. Triumf sukcesu i niebezpieczeństwo upadku. Naiwnością byłoby nie skorzystać.
Cóż na to poradzę, że na swój sposób go nawet lubię. Może od niektórych mi się za to oberwie, ale Janusz Palikom to fajny, inteligentny facet. Postać tak barwna i złożona, żałosna, momentami perfidna i bardzo nieuczciwa. Idzie za nim Urban, narkotyki, świński ryj, manipulacja katastrofą smoleńską, najdelikatniej mówiąc niechęć do Kościoła odmieniana na wszystkie możliwe przypadki. Tylko nie zmienia to postaci rzeczy, że to nie tak, że Palikota za wszystko można potępiać. Że zawsze nie ma racji. To byłoby zbyt proste. Wszedł do sejmu, bo mówi trochę innym językiem. Wytyka miałkość naszej polityki, lenistwo ją uprawiających (ciekawe, że sam się w nim dobrze czuł. Mówię o lenistwie. Wszak jego komisja „przyjazne państwo” to pasmo ustawodawczych sukcesów). W krytyce Kościoła dotyka niektórych istotnych problemów. Tylko nieporozumieniem byłoby zapomnieć, że wszedł do sejmu nie tyle na bazie swoich radykalnych poglądów, co ogólnej kontestacji polityki jako takiej, a polityków w szczególności. Po prostu na zasadzie po łapach, które dostało się niegrzecznemu dziecku, w tym wypadku naszym elitom politycznym. A w myśl zasady, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – pan Janusz Palikot skorzystał. A że błazenada użytych środków się sprawdziła? Takie to już czasy. Zygmunt August miał Stańczyka, my mamy Palikowa. Tyle tylko, że na szanującym się dworze zasadniczo jest miejsce tylko dla jednego błazna. A jeżeli będzie ich 40?
PS.
Jak nie lubić Palikota, skoro dzięki niemu o Elblągu znowu było głośno, bo któż z nas nie usłyszał o wyjątkowych walorach nowego posła do sejmu rodem z Braniewa?
Siedziba Ruchu Poparcia. Palikot wychodzi z gabinetu w blasku fleszy i dostrzega skromnego, niepozornego człowieka, który właśnie podpisuje akces do jego partii. - Co pana skłoniło do tego ważnego ruchu - pyta Palikot wyraźnie zadowolony. - Proszę pana, sprawa jest prosta - odpowiada człowieczek. - Wróciłem wczoraj do domu wcześniej niż zwykle. Patrzę żona na wersalce kotłuje się z sąsiadem, syn daje sobie w żyłę, a córka ćwiczy taniec na rurze. Czekajcie - zawołałem - to teraz ja wam wstydu narobię...