Święty Marcin w Elblągu - echo 11 listopada - felieton
sobota, 19.11.2011 13:39, Autor: Andrzej Kilanowski
Święty Marcin w Elblągu
Zniesmaczony, ale i zmęczony utyskiwaniem jak to nie potrafimy uszanować Święta Niepodległości. Zażenowany brakiem odpowiedzialności i przerzucaniem się winą, tak w wydaniu tych z lewicy jak i prawicy, tak samo uczestników zajść jak i polityków, nie wspominając o dziennikarzach, którzy sami nakręcają atmosferę sensacji i skandalu, by ubrać się ostatecznie w skrzywdzone niewiniątko. Dziś o 11 listopada w Elblągu i na Prusach, o święcie znacznie starszym od tego z 1918, a równie, jak nie bardziej istotnym.
Bo to był święty niekoniecznie od poznańskich rogali czy równie ważnej, smacznej (tylko pod warunkiem, gdy jest mięciutka) i znanej od wieków gęsiny. Marcin, syn trybuna wojskowego, od 15 roku życia w armii. Ze świetlanej kariery oficerskiej ostatecznie rezygnuje w wieku niespełna 40 lat, by poświęcić się ascezie i trosce o ubogich. Źle widziany wśród pogan (jego nawrócenie i odejście z armii osłabiało morale rzymskiego żołnierza) z lekką rezerwą odbierany wśród chrześcijan, szczególnie gdy został biskupem (na jego rękach była przecież krew). Potrafił autentyzmem życia zawojować wyobraźnię i religijność całych pokoleń. Misjonarz i pielgrzym, żarliwy biskup, demaskator fałszu i obłudy, tak na dworze cesarskim jak i w Kościele, cudotwórca i mistyk. Nie przypadkowo się więc złożyło, że dzień jego śmierci nomen omen 11 listopada był i jest wielkim świętem kościelnym. Nie tylko zresztą.
W Elblągu, jak i wielu innych miastach dawnych Prus na świętego Marcina zaczynał się nowy rok sądowniczy i szkolny. Odbywały się wybory do władz miejskich. Odnawiano kontrakty, płacono wynajem i dzierżawy. To w tym dniu można było zwalniać lub najmować służbę. Regulowano zaległe należności. Te kościelne także. W tym dniu pito nowe wino. Odbywały się największe i najbardziej bogate targi. Dlaczego? Jest taka zabawna, stara anegdota jak to gdzieś w połowie października chłop na wsi mówi do swoich synów: „plony zebrane, no to idziem teraz na klepisko. Cepy w ruch i do roboty!” I jak zaczęli, to na Marcina skończyli. Bo Marcin rozpoczynał zimę i zasłużony w końcu odpoczynek. Oznaczał też przypływ gotówki, z którą zazwyczaj było krucho. A po zapłaceniu należności zostawało jeszcze co nieco na zabawę i pohulanie ździebko.
Ciekawe, czy św. Marcin patrząc na to gdzieś z góry nie był i nie jest trochę tym zniesmaczony. Myślę szczególnie o tych zabawach i harcach. Skoro jednak był dobrym zarządcą i potrafił rozróżniać grzech od grzesznika, można było liczyć na jego wyrozumiałość. Tylko, gdy kilka dni temu, w dzień swego święta patrzył na Warszawę – no właśnie, to ciekawe jak się poczuł?